Publiczny lincz - czyli o tym, że niektórzy nie rozumieją Internetu
nrafal @ listopad 25, 2007
Kategoria: Co w sieci piszczy..., e-marketing
Ostatnio jesteśmy świadkami ciekawego procesu - linczu w blogosferze. Chodzi oczywiście o panią Monikę Czaplicką, której niechlubne praktyki zostały skomentowane na kilku poczytnych blogach.
Nie chcę się dołączać do linczu, pragnę jedynie zwrócić uwagę na siłę Internetu, która często pozostaje niedoceniana. Wiele firm czy osób traktuje sieć ciągle jako niegroźne pole eksperymentów - na chybił-trafił wymyśla się technikę reklamy, autopromocji, prowadzenia serwisu z przekonaniem, że w Internecie wszystko można zrobić, a usunąć jest równie łatwo jak stworzyć.
Nic bardziej błędnego. Internet wbrew pozorom jest już całkiem dojrzałym rynkiem, z wypracowanymi mechanizmami wewnętrznej ochrony. Świetny przykład - na blogu pani Moniki pojawiły się przedruki z cudzych blogów, niedostatecznie oznakowane. Temat błyskawicznie został podchwycony przez blogerów (linki niżej), którzy śmiało mogą uchodzić za liderów opinii. Przy okazji wypomniano wiele kontrowersyjnych postów na goldenline autorstwa tej pani.
Kontrowersje dotyczyły przede wszystkim etyki prowadzenia kampanii marketingu szeptanego. Co ciekawe, pani Monika niedawno z oburzeniem wypowiadała się na temat podobnych praktyk na innym swoim blogu. W całej aferze chodziło o generalne oszukiwanie czytelników (klientów) przez marketingowców, przez spamowanie for internetowych oraz udawanie, że reklama nie jest reklamą, co już jest wątpliwe nawet z punktu widzenia prawnego.
Takie podejście daje nieco do myślenia. Pierwszy wniosek jaki mi się nasuwa, jest taki, że spece od marketingu bardzo chcą móc wykorzystać potęgę szeptanych z ucha do ucha poleceń, ale nie bardzo wiedzą jak. U mnie to wywołuje jakąś taką agresję - wygląda to tak, że użytkownicy tworzą Internet, generują treści, uczą się netykiety, a nagle ze swoimi brudnymi buciorami wkraczają “specjaliści od marketingu”, bo usłyszeli gdzieś, że teraz to się biznes w Internecie robi. No i robią - po staremu, starymi metodami, na zasadzie prostego i jakże skutecznego wciskania (z dodatkiem akwizycji).
Z tym, że Internet to nie jest już zwykłe medium, jak TV, radio, gazeta. Tam rzeczywiście można wcisnąć byle co, a i tak nikt przecież nie piśnie. W Internecie czasem ktoś piśnie. A jak już piszczy, to robi się taki szum, że pseudospecjaliści od WOMM aż zazdroszczą - co za buzz!
No, pani Moniko - gratuluję buzzu (buzza?) roku. Tylko nie wiem, czy wyjdzie on pani na zdrowie.
Linki:
- Krzysztof Urbanowicz o rzekomych oszustwach
- Ten sam autor o plagiatach
- MediaFun też o plagiatach
- Paweł Lipiec o tym jak nie prowadzić bloga na przykładzie wyżej wymienionej pani
- “Blog przy kawie” o tym, dlaczego ważna jest autorska treść na blogu
Jak na chyba niecały tydzień “afery” całkiem sporo wpisów - z czego większość powstała dziś. Warto wyciągnąć wnioski i dwa razy się zastanowić, jeśli się uruchamia bloga, którego głównym założeniem jest kopiowanie z innych blogów.




Cała sytuacja pewnie sama by się tak nie rozkręciła, gdyby nie to, że inni blogerzy już wcześniej informowali autorkę, że delikatnie mówiąc, nie podoba im się taka forma wykorzystywania treści z ich blogów.
Gratuluję wyważonego tekstu. Ja niestety zapewne otarłem się o podobny lincz. brrr
Na blogu Pawła Wimmera zamieściłem opis swoich przejść, których ani się nie wstydzę (nie widzę żadnego powodu, w żadnym miejscu nie złamałem ani prawa ani dobrych obyczajów):
http://poradnikwebmastera.blox.pl/2007/12/Podejrzane-praktyki-blogatrakcjebiz.html
Ot zrobiłem coś co w blogosferze jak widzę jest najwyższą zbrodnią - tematyczny agregator. I nie miało żadnego znaczenia legalność działań. Dwoje autorów nawet pokusiło się nazwać wprost to złodziejstwem. Żałuję, że nie podparli tezy jakimkolwiek argumentem. Dziwić się tylko mogę, że wypowiedzi owych autorów nie wskazują na znajomość prawa autorskiego za to wskazują na przyzwolenie na przetwarzanie tekstów przez wielkie agregatory jak Trendomierz, Blogfrog czy Infoo. O Technorati nie zapominając. Tylko ostatni agregator udostępnia jakąkolwiek wartość dodaną, choć jest ona dość nikła. Rzecz jasna z pomysłu wycofałem się rakiem, bo jak się okazuje rozjuszona blogosfera jest groźna.
pzdr
Rzeczywiście, rozjuszona blogosfera jest groźna ;)
Cóż, są osoby, które bardzo zazdrośnie bronią tego, żeby ich teksty były możliwe do odczytania tylko na ich stronie. Pewnie zarabiają na adSense. Wydaje mi się, że jeżeli Twój serwis działał na zasadzie agregatora, jawnie i uczciwie, w sposób wykluczający wykorzystywanie go jako farmy linków, to nie widzę powodu do pretensji. Zwłaszcza, że podobno bardzo wyraźnie oznaczałeś wpisy.
W aferze z Trendexpertem chodziło o to, że serwis był promowany jako blog autorki, co w połączeniu z kiepskim oznakowaniem wpisów sprawiało wrażenie, że to ona jest autorką tekstów. Szkoda, że Twój agregator już nie działa, moglibyśmy dyskutować o czymś namacalnym.
Co do tej “rozjuszonej blogosfery” to wyjaśnię, że użyłem w takim znaczeniu w jakim używa się “rozjuszonego byka”. :)
Blogosfera, jak każda społeczność, także posługuje się “zbiorowym rozumem” czy raczej zbiorowym instynktem. Jak afair określił to Le Bon: tłum ma wiele głów, ale nie ma rozumu.
Wracając do meritum:
- zapewne niewielu dyskutantów w ogóle przeczytało prawo autorskie lub jakikolwiek komentarz do niego.
- zapewne też niewielu wie, że najistotniejszym elementem przedruku jest wskazanie źródła. Dlatego najistotniejszym, że to implikuje następstwa.
- najważniejsze: dzieła (prócz programów komputerowych i projektów architektonicznych) można DOWOLNIE PRZEDRUKOWYWAĆ BEZ ZEZWOLENIA i NAWET W PRZYPADKU SPRZECIWU AUTORA. Także w całości. Istotne jest wskazanie źródła lub autorstwa z nazwą dzieła. W przypadku cytatu dochodzi do dozwolonego nieodpłatnego użytku, w przypadku przedruku całości dzieła autorowi przysługuje honorarium.
- plagiat to przypisanie autorstwa;
- przedruk bez wskazania źródła lub autora z nazwą dzieła narusza prawo autorskie twórcy, lecz nie jest plagiatem;
Nie wiem jak było na początku z omawianą panią i jej blogiem, ale JEŚLI WSKAZAŁA ŹRÓDŁA TO W ŻADNYM PRZYPADKU NIE BYŁ PLAGIAT. Ba, nazwanie tego plagiatem byłoby pomówieniem. W takim przypadku, z racji pełnego przedruku, autorowi przysługiwałoby jedynie honorarium.
Przykład skrajny i nie wirtualny: Pewne wydawnictwo jeszcze niedawno dokonywało masowych i pełnych przedruków artykułów prasowych. I nawet to nie było złamaniem prawa (rozumianym jako przestępstwo lub wykroczenie) i nie było plagiatem, lecz stanowiło jedynie podstawę roszczeń cywilnoprawnych.
http://www.freepress.org.pl/pk3.html :
“Teksty wcześniej publikowane można cytować i przedrukowywać bez niczyjej zgody. W wypadku przedruku należy zapłacić honorarium autorowi oraz podać źródło, z którego pochodzi cytat”
Raczej pojawiały się określenia kradzież - żadnemu z autorów honorarium nie zostało wypłacone. Może to stwierdzenie przesadne rzeczywiście.
Źródło było podane w sposób… kiepski. Mały link do oryginalnego tekstu pod postem w postaci “www”. Nie jestem przekonany, czy to wyczerpuje definicje podania źródła.
Ale ten temat jest już zdaje się nieaktualny, z tego co widziałem, styl prowadzenia bloga przez panią Monikę poprawił się.
“kradzież” - to pomówienie, nikt nikomu nic nie ukradł. Mieszanie do prawa autorskiego terminów prawa karnego jest całkowicie błędne i bezpodstawne. Roszczenia trzeba kierować do sprawców lub dochodzić na drodze sądowej. W przypadku pełnego przedruku bez zgody autora wygrana praktycznie w kieszeni.
“plagiat” - pojawiło się wiele razy - to także pomówienie. Plagiat, jak zaznaczyłem to zupełnie inny czyn. I ten jest penalizowany.
“Źródło było podane w sposób… kiepski” - być może i kiepski, jednak było podane więc kwestię plagiatu całkowicie trzeba pominąć. Co najwyżej roszczenia się zwiększą.